Tomasz Cylka, "Głos Wielkopolski - POLSKA"
Rozmowa z Dariuszem Śmiejkowskim, o polskiej prowincji i rozwoju metropolii.
W swoich wypowiedziach dowodzi Pan, że Polaków cechuje myślenie zbiorowe. Na czym ono polega i na ile jest ono szkodliwe?
W Polsce w obszarze społecznym i gospodarczym głównym problemem jest czynnik myślowy w rodzaju pewnika matematycznego, który nie podlega uzasadnieniom oraz ocenom. Diagnoza społeczno-gospodarcza jest oczywista dla wszystkich. Klin podatkowy, wysokie pozapłacowe koszty pracy, niezrównoważony rozwój, niekorzystna struktura wykształcenia, brak autostrad to przecież nasze oczywiste problemy. Z drugiej strony wiadomo, że szybko się rozwijamy - 6 procent to przecież szybko. W Niemczech jest to tylko 2 procent. Jesteśmy bardzo atrakcyjni dla inwestorów. Każdy ranking atrakcyjności to potwierdza. Z tego, oraz z podstawowej wiedzy ekonomicznej, rodzi się prosty plan dla Polski. Odpowiednia polityka monetarna Rady Polityki Pieniężnej, niskie podatki, równomierny rozwój, autostrady, edukacja przyciąganie inwestycji zagranicznych - równa się bogactwo. Troszkę to na zasadzie leninowskiego równania: komunizm równa się kolektywizacja plus elektryfikacja. Dlaczego skoro tak dobrze wiemy co robić, mamy gigantyczne bezrobocie, cały czas jesteśmy najbiedniejszym państwem łacińskiej Europy, a nasze inwestycje zagraniczne na mieszkańca są dwu-, a nawet czterokrotnie mniejsze niż u naszych sąsiadów?
Polacy lubią narzekać. Dlaczego zatem jesteśmy biedni, mamy stosunkowo wysokie bezrobocie, nędzną infrastrukturę i żenująco niskie inwestycje?
Obecnie nie ma żadnego fermentu myślowego. Większość naszych koncepcji rozwoju powstała bardzo dawno. Biedę tłumaczymy historią. Mam wrażenie, że nasze pomysły na Polskę, to kalka tego, co się mówi i robi w większości państw Zachodu. Ewentualna indywidualizacja naszego podejścia nie wchodzi w grę. Wszyscy boją się łatki ekonomicznego populisty. My natomiast mamy problemy własne, na przykład scalenie ziem po rozbiorach wcale się nie zakończyło. Pomiędzy Krakowem i Poznaniem w celach biznesowych kursuje dziennie 100 razy mniej ludzi niż między Hamburgiem i Monachium. Nawet nie ma połączenia lotniczego. Mamy słabe powiązanie prowincji ze słabymi aglomeracjami. Ta prowincja przyciąga inwestycje w przemysły towarowe, które nie mają potencjału wzrostu wydajności. Szansa na to, że za kilka lat robotnik będzie zarabiał nie 3 tysiące złotych, tylko 7 tysięcy złotych są żadne.
Jaka jest zatem podstawowa różnica między bogatym krajem Unii Europejskiej a Polską?
Te główne różnice to przede wszystkim twarde systemy gospodarcze i społeczne, na przykład system osadniczy i komunikacyjny, struktura agrarna i społeczna, które rozwijały się nieprzerwanie przez dziesiątki lat. Szczególnie silna zależność występuje pomiędzy ogólnie rozumianym bogactwem, a tak zwanym systemem osadniczym. W Europie prowincja niepowiązana z bardzo dużym miastem, czyli niebędąca częścią aglomeracji (poza obszarami turystycznymi), nie jest w stanie uzyskać produktywności większej niż jedna czwarta produktywności miasta dominującego w danym rejonie. PKB na mieszkańca Warszawy jest średnio 5 razy większe niż dla obszarów niemetropolitarnych w Polsce. Z resztą w Europie Zachodniej klasycznej prowincji, poza południem, już nie ma. Sadzę zatem, że budowanie koncepcji rozwoju Polski wyłącznie na poziomie makro nie będzie skuteczne. Nawet najlepsza polityka fiskalna czy monetarna nie spowoduje, że będziemy bogaci.
Czyli głównym problemem naszego kraju jest słabość polskich miast?
Nie tyle słabość miast, co nadmiar prowincji. W Polsce najlepiej rozwinięta prowincja
jest 2,5 razy biedniejsza niż Warszawa. Czyli prosty wniosek: im mniej prowincji, tym lepiej.
Co zatem zrobić, by nasze miasta wzmacniały swoją pozycję?
Inaczej budować infrastrukturę, to znaczy głównie w miastach. Oraz tworzyć system finansowania miast tak, by więcej wypracowywanych pieniędzy pozostawało w miejscu wytworzenia. Autostrady, lotniska, uregulowane rzeki mają dla prowincji głównie walor estetyczny. W dużych metropoliach tworzą zasadniczą wartość.
Silne metropolie rozwiążą nasze problemy?
Główne pytanie brzmi: czy chcemy się rozwijać? Czy chcemy być bogaci? Jeżeli chcemy się rozwijać (średnio 2 do 3 procent rocznie), to róbmy tak, jak dotychczas. Za 30 lat osiągniemy obecny poziom Niemiec. Jeżeli chcemy być bogaci, to stwórzmy odpowiednie warunki. Prowincja sama w sobie nie ma potencjału rozwojowego. Zatem naszym celem powinno być zbudowanie takiej rzeczywistości, by jak największa część kraju rozwijała na warunkach warszawskich. To znaczy takiej, by nie 10 procent, tylko co najmniej 50 procent populacji funkcjonowało w obszarach metropolitarnych.
Krytykuje Pan program rozwoju infrastruktury. Jest aż tak źle?
Infrastruktura nie istnieje po to, by być, tylko po to, by realizować określone funkcje. Sama autostrada czy lotnisko niczego nie poprawi. Na przykład w Hiszpanii czy Irlandii nie budowano autostrad tranzytowych, tylko drogi scalające metropolie z ich przedmieściami. W efekcie powstały silne zintegrowane obszary osadnicze. Dziś Madryt ma 4 miliony mieszkańców, a Barcelona ponad 3 miliony. Aglomeracja Dublina to 30 procent populacji Irlandii. Warszawa to 6 procent populacji Polski. Autostrada z zachodu na wschód czy z północy na południe jest równie efektowna co bezsensowna. Mieszkam w Poznaniu. Na A2 widać głównie rosyjskie TIRY. I to nie dziwi. Dla nas ta droga to co najwyżej luksus dojazdu do Warszawy. Dla Rosjan brama w wschód. Czy o to mam chodziło? Nie wiem.